poniedziałek, 30 września 2013

1.


"Z Azylu"

- Znowu mamy towarzystwo - rozległ się szept na najwyższym piętrze sędziwego domu stojącego na wzgórzu daleko od miasta. 
- Strych był zamknięty już zbyt długo - odezwał się drugi głos, a za nim kolejny:
- Przyjechała w samą porę. Ale po co jej ten żałosny wózeczek?
- Udaje jak zwykle - czwarty głos był jeszcze bardziej skrzekliwy od poprzednich i tak samo jak w ich przypadku, nie wiadomo było dokładnie z którego kąta starego strychu dochodzi. Na podjazd przed domem zajechała taksówka, której kierowcy twarz zasłaniała panująca zresztą na całych mokradłach, nieprzezroczysta mgła. Ktoś wyszedł z domu i pomógł przygarbionej postaci wysiąść z samochodu przesadzając ją od razu na wózek inwalidzki. Tajemnicza postać miała ze sobą także laskę i niewielki bagaż, który został przejęty przez życzliwego gospodarza. Taksówkarz nie domagał się zapłaty za podwózkę, za to jak najprędzej odjechał, z piskiem opon i w stronę centrum. 
W przedpokoju domostwa panowała nerwowa atmosfera. Starej nie było już tak długo, że pani La Fey zdążyła zapomnieć jak męcząca potrafi być jej teściowa. Poprawiła więc synowi muchę pod szyją pozwalając mu się na chwilę oddalić i uśmiechnęła się krzepiąco do córki. Ona jako jedyna z tej czteroosobowej rodziny nie miała okazji poznać babci.
- O mój Boże! - ekscytowała się kobieta. - Ona już tu jest! Missy, wyprostuj się, zrobimy na niej dobre wrażenie. Pamiętaj, musisz być dla niej dobra, właśnie wraca z dłuuugiego pobytu w szpitalu, potrzebuje spokoju. Do ciebie też mówię, King, żadnych wygłupów, jasne? King! Przestań grać i otwórz ojcu i babci drzwi.
Stołek na którym chłopiec siedział przed organami zachwiał się i omal wraz z nim nie przewrócił, ale matka nie zdążyła upomnieć syna by uważał, bo ten już naciskał klamkę frontowych drzwi. Stanął oko w oko z brzydką pomarszczoną babcią, która w pierwszej chwili wydała mu się nieżywa. Wyglądała, jakby właśnie kładziono ją do grobu.

2.


"Znowu w domu"

- Babciu, witaj w domu! - zawołał niezrażony z dość niepewnym uśmiechem i oparł się plecami o ścianę, aby ojciec mógł wprowadzić wózek.
- Nie było cię strasznie długo - przywitała ją synowa z delikatnym uśmiechem i rękoma założonymi na brzuchu. Z Jonatanem starali się o trzecie dziecko.
Mała Missy wyjrzała zza sukienki mamy, ale ją widok starszej pani przeraził mocniej niż brata. Wolała nie patrzeć na babcię, ale gdzieś za nią, we mgłę wlewającą się do domu z szarego podwórka. Stare dęby nie powiewały na wietrze, zresztą nawet gdyby cokolwiek wiało, już dawno potraciły liście i nie ruszyłyby się o milimetr. Była wczesna jesień, a przyroda w tym miejscu pomarła już latem. Dziewczynka przymknęła oczy, a gdy je znowu otworzyła, ojciec zamknął drzwi separując ich od brzydkiej pogody w wąskim, klaustrofobicznym korytarzu.
- Mogę ci pomóc wstać z wózka, babciu? - spytał nieśmiało King, wyciągając do staruszki rękę. Powtórzył, by mieć pewność, że dosłyszała. Ta w odpowiedzi pokręciła smętnie głową, co siostra chłopca przyjęła z jeszcze większym przerażeniem. Dlaczego babcia się nie odzywa? Co prawda z wyglądu przypominała denatkę, ale przecież jej nierówny oddech starych płuc czuć było i słychać z drugiego końca korytarza, gdzie na niewysokim podeście stały organy. King przyglądał się zmarszczkom babci, był ciekaw, czy nie jest to czasem aby gumowa halloweenowa maska, od których za parę tygodni miało się roić na wystawach sklepowych w mieście. Gdyby jej dotknął, na pewno pozbyłby się wrażenia, że wpuścili do domu upiora.
- Spodoba ci się twój pokój, jest na strychu tak jak nam napisałaś, że chcesz- mówiła do staruszki synowa, siedząca na kanapie tyłem do kominka i wyprostowana jak struna. Mieszkali w tym domu od roku i do tej pory nie mogła pozbyć się dziwnego przeszywającego dreszczu z karku.- Przemalowany, po prostu cudny. Niedługo trzeba będzie przemalować także werandę, przez tą wilgoć wiecznie łuszczy się farba.
Nie pytała teściowej, dlaczego ta poleciła jej nie wnosić na strych łóżka. Niby gdzie indziej ta starucha miałaby spać? Na tym z bożej łaski wózku? Znowu odpowiedziała niezrozumiałym pomrukiem. Wstrętne babsko, myślała Miriam, ale dalej życzliwym głosem mówiła:
- Przez okno na strych wpada światło księżyca - po prostu chciała uniknąć głuchej ciszy. - Tej nocy mamy pełnię, prawda, King? - chłopiec kiwnął głową. Siedział ze swoją siostrą w kącie i bawił się koleją elektryczną. Co prawda zwykle był pierwszy do dyskutowania z dorosłymi, na przeróżne tematy zresztą, ale obecność babci go jakoś onieśmielała. Dlaczego mama tak jej nadskakuje? Dlaczego z Missy nie dostali żadnych słodyczy tak jak w starym mieszkaniu, gdy przyjechali rodzice jego mamy? Czy starsza pani śpi? 
Jonatan dołożył jeszcze trochę drewna do kominka, aby mieć pewność, że nie będzie musiał go rozpalać w nocy, po czym otarł ręce o wiszącą na oparciu kanapy szmatkę i zajął miejsce obok Miriam.
- Missy znalazła serwis do herbaty, własność poprzednich właścicieli. - odezwał się. Miał ochotę wypytać matkę o wakacje, które sobie zrobiła i o miejsce, w którym je spędziła, ale jeszcze nie miał odwagi. I tak długo się nie widzieli, zresztą ich stosunki zawsze były chłodne i oschłe. Na jego słowa jednak osoba na wózku inwalidzkim poruszyła się, co uznał za sukces rozmowy. - King, zaprowadź babcię na strych.
Starucha samodzielnie wywlekła się z wózka, od razu zapierając się przed upadkiem ohydną starą laską, z której drzazgi zapewne wbijały jej się w rękę. Nie pozwoliła się poprowadzić chłopcu, więc ten szedł za nią, jakby to on był gościem w swoim domu. Asekurował ją na schodach, choć czuł, że jej to wcale niepotrzebne, że zna każdy stopień na pamięć.
- Babciu, jak było na wczasach? - spytał drżącym głosem, kiedy dotarli na zatęchły strych, z którego okna do środka wpadało światło księżyca; mama nie myliła się, była pełnia. - Nie nudziłaś się?
Stało się coś niespodziewanego. Mały King spodziewał się kolejnego niezrozumiałego pomruku, burknięcia jakiegoś, czy niezbyt kulturalnego pokręcenia głową, ale nie odpowiedzi. Cichej i niewyraźnej, ale odpowiedzi.
- Jak mogłabym się nudzić z NIMI?
Zatkało go, ale postanowił kuć żelazo póki gorące i zapytać babcię o coś jeszcze, co go nagle zaczęło interesować.
- Babciu, kim są "ONI"? - był podekscytowany i zafascynowany perspektywą pogodnego, acz odrobinę egocentrycznego członka rodziny w zamianę za upiora, którym myślał, że kobieta jest.
Stało się coś jeszcze bardziej niespodziewanego dla małego chłopca, bo kiedy spróbował otworzyć babciną walizę, dostał po rękach jej drewnianą laską. 
- Nie interesuj się, głupi dzieciaku. - głos staruchy był skrzekliwy i nieprzyjemny dla ludzkiego ucha, a w połączeniu z niemiłym tonem głosu po prostu nieznośny.
- C-co takiego? - wyjąkał przestraszony cofając się na schody.
- Skoro już tu razem utknęliśmy, lepiej nie wchodź mi w drogę - wyrzęziła.
Chłopiec zbiegł po schodach do rodziny, a gdy zasypiał w swoim pokoju miał nadzieję, że gdy się obudzi, rozmowa na strychu okaże się koszmarem. 
Prawdziwy koszmar miał jednak dopiero nastąpić.
I to wcale nie we śnie.

3.


"Niewidzialni goście"

Już pierwszej nocy King obudził się zlany zimnym potem. Coś przez ten cały czas nie pozwalało mu zapaść w spokojny, dziecięcy sen. Widział swoją babcię na tym paskudnym metalowym wózku zwiniętą w kokon i wystawiającą długi wężowy język. Sen był na tyle świeży, że mógł go z pamięci opisać ze wszystkimi detalami i odpowiednio intonując każde w nim wydarzenie. Pulchne chłopięce ręce trzęsły się ze strachu, a wysuszone gardło domagało się wody. King nigdy nie bał się ciemności, nigdy też nie wydawało mu się, że pod jego łóżkiem czyha na niego potwór, jednak coś było w tej babci, którą przyjęli do domu, że bał się wyjść z pokoju. Ośmieliło go światło dobiegające z korytarza. 
To na pewno mama albo tata, myślał z nadzieją samego siebie przekonując. To na pewno oni, gorączkowo wmawiał sobie robiąc drobne, ledwo słyszalne kroczki w stronę kuchni. Ale światło nie dobiegało z salonu, ale z samej góry domu, odbijało się i rozpraszało na schodach w górę. Na strych. Do pokoju babci. 
Co babcia robi o tej godzinie? Dlaczego nie śpi? 
Ciekawość wzięła nad chłopcem górę. Na palcach i zaciśniętymi ze strachu zębami wspiął się na półpiętro cały czas nasłuchując. Bał się, choć sam jeszcze nie wiedział czego. Słyszał głowy, z pewnością więcej niż dwa, skrzekliwe i nieprzyjazne, choć niezbyt głośne, więc musiał podejść do samych drzwi pokoju babci, by dosłyszeć więcej niż co drugie słowo. Drzwi były niedomknięte, ale bał się, że zaskrzypią, jeżeli spróbuje je uchylić jeszcze bardziej. Wylewała się z nich dziwna fioletowa poświata, trochę jakby mgła, ale mniej nieprzejrzysta. Rozmowy nie ustawały.
Czy babcia przyjmuje jakichś gości?
Postanowił zaryzykować. Przyległ do ściany prawym bokiem tak, że przez szparę między framugą a drzwiami widział część pokoju. Babcia siedziała sama, na wózku które wcześniej przyniósł jej ojciec Kinga. Odzywała się tylko co jakiś czas, a jednak trudno mu było rozpoznać jej głos wśród kilku innych bardzo podobnych, wśród piskliwych śmiechów, jakby ktoś jeździł paznokciami po szkolnej tablicy. Chłopiec zmrużył oczy, aby dostrzec kogoś więcej poza babcią, ale nikogo poza nią nie było na strychu, kto by z nią rozmawiał. A może to tylko jemu, zaspanemu chłopcu, rzuciło się na oczy? Może to przez to światło? A może... Czyżby goście babci byli niewidzialni?
Zaschło mu w gardle jeszcze bardziej. 
Na pewno to wszystko mu się śni. To tylko starsza pani pomijająca herbatę. Miała ciężką podróż, przyjechała pod wieczór, więc filiżanka herbaty jest zrozumiała. King wytrzeszczył oczy. Dlaczego herbaciany serwis, który nad ranem znalazła Missy, lata w powietrzu jak zaczarowany? A może nie jest zaczarowany? Może babcia częstuje herbatą niewidzialnych gości?
To głupstwo, myślał King, to musi być sen, innej opcji nie ma. 
Już chciał cofnąć się na schody i wrócić do swojego pokoju przekonując samego siebie, że to co widział było kolejnym koszmarem, kiedy drzwi otworzyły się bez najcichszego skrzypnięcia. Zamarł w bezruchu, dobrze pamiętając słowa mamy, aby być dobrym dla babci, nie zamęczać jej. Ale głos, który z siebie wydała postać na wózku był wesoły, choć nadal cichy i dość wysoki.
- Chodź do mnie, mój mały przyjacielu.
Ton jej głosu mógł wskazywać na to, że była zła na wnuka; chciała zwabić go do siebie i zbić go swoją laską jak pasem bije się niegrzeczne dzieci. Jednak on jak zaczarowany, przekroczył próg osobliwego pokoju. Dalej się bał, ale teraz strach w dużej mierze ustąpił dziwnej fascynacji latającymi spodkami i filiżankami. 
Babcia kiwnęła na niego, by usiadł jej na kolanach, więc zrobił to bez mrugnięcia okiem. Być może bał się, że coś mu umknie, że wydarzy się jakieś inne paranormalne zjawisko, oczywiście poza samoistnie unoszącymi się w powietrzu przedmiotami. Oczy miał jak dwie monety, tak szeroko je otworzył, choć czuł się odrobinę senny.
- Posłuchaj mnie teraz - odezwała się starucha, choć brzmiała, jakby każdy dźwięk wydobyty z jej krtani sprawiał jej ból. - Zapomnisz o wszystkim, co teraz zobaczyłeś. Ten dom nazywa się sekretem Amona. Chciałabym, abyś teraz już szedł spać. Nic nie zobaczyłeś.
King pokiwał głową twierdząco i dalej jak zahipnotyzowany zszedł na piętro do swojego pokoju. Położył się do łóżka dalej nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczył i nie rozumiejąc tego, co usłyszał.

4.


"Herbata"

Tydzień minął wszystkim powoli i bez zbędnych ekscesów. Babcia głównie siedziała na swoim strychu, albo pozwalała się Jonatanowi sprowadzić do salonu, ale wyglądało na to, że bardzo dobrze czuje się w dusznym, starym domu. Miriam nie raz namawiała ją na mały wypad do centrum, ale ta tylko odmawiała, przez co synowa nie raz zwyzywała ją w myślach od zasuszonych śliwek. 
Piątek minął wszystkim bardzo leniwie, zwłaszcza, że Missy zaraziła katarem brata i oboje siedzieli cały dzień na werandzie opatuleni w koce i grając w scrabble. King już dawno zapomniał o incydencie z babcią, jakby to, co dzieje się w nocy, nie miało znaczenia w świetle dnia. Co jakiś czas przychodziła mama i upominała ich, aby się nie odkrywali, a oni co jakiś czas pytali ją, kiedy wróci tata. Jonatan pracował w mieście, w firmie zakładającej alarmy. W tym miesiącu mieli do założenia sześćdziesiąt alarmów w szkole podstawowej, do której uczęszczała Missy, a że było to naprawdę duże zamówienie, jego powrót mógł odrobinę się opóźnić. Babcia siedziała na strychu jak zwykle. Odrobinę to przerażało jej synową, ale nie mogła nic na to poradzić, więc postanowiła udawać, że teściowej w ogóle nie ma. Już nie mogła się doczekać, kiedy ta sobie pojedzie, jej obecność krępowała Jonatana w staraniu się o dziecko, a więc frustrowała i ją.
Po kolacji King od razu poszedł do swojego pokoju. Cały dzień na świeżym powietrzu zmęczył go jak nigdy, choć przecież ani nie grał w piłkę, ani nie huśtał się na huśtawce z opony wykonanej dla niego przez ojca w pierwszych tygodniach ich obecności w tych okolicach.
Przebrał się w pidżamę, nie zapomniał umyć zębów i czym prędzej po zgaszeniu światła dobiegł do łóżka, wskoczył nań i opatulił się kołdrą. Zza drzwi dosłyszał "dobranoc" z ust mamy i zamknął oczy gotów na przyjęcie słodkiego snu.
Był pewien, że nie minęła nawet godzina, kiedy zbudziło go nierówne pukanie. Nie rozumiał dlaczego ktoś ma w środku nocy jakąś sprawę do niego; taką, która nie może zaczekać do rana, ale usiadł na krańcu łóżka i odezwał się:
- Kto tam?
Nie czekał długo na odpowiedź.
- King, mój kochany, wstawaj - był to głos babci. Czego mogła od niego chcieć o tej porze? Od razu przypomniał sobie ostatnią wizytę w jej pokoju. Znowu odezwała się, jak zwykle cichym, wężowym głosem: - Pora na herbatkę, no chodź. Opowiemy ci historię domu Amona.
Nie był pewien, czy to był dobry pomysł, by słuchać się babci. A jeżeli rodzice się obudzą? Zaraz dostał odpowiedź na to pytanie:
- Twoja matka też idzie. 
Te słowa przekonały chłopca, że nie ma czego się bać. Przecież ostatnim razem nic się nie stało, a teraz, kiedy mama z nim będzie, ze strony gości babci na pewno nic mu nie grozi.
Wywlekł się z łóżka niechcący zrzucając z niego kołdrę, po czym otworzył drzwi. Korytarz był ciemny, a jedyną wskazówką dokąd ma iść było znajome fioletowe światło i po chwili także kroki na schodach prowadzących na strych i stukania babcinej laski. Czuł, że jest to swego rodzaju test jego odwagi, dlatego zebrał się w sobie i na boso ruszył po stromych stopniach w górę. W drzwiach czekała na niego odwrócona tyłem przygarbiona kobieta o siwych, niemal białych i rzadkich włosach.
- Posadziliśmy twoją mamę na moim siedzeniu - odezwała się wskazując zasuszonym palcem na wózek inwalidzki w kącie, na którym w jaskrawym świetle majaczyła sylwetka śpiącej Miriam. King nie rozumiał, co to wszystko znaczy. 
Obserwował poczynania babci, z której koszuli nocnej rękawa wysunął się wyraźnie zaostrzony nóż. Oczy znowu miał rozwarte w przestrachu i z przeczuciem, że zaraz stanie się coś niedobrego, jednak nie miał pojęcia co i nie umiał nic na to poradzić.
Ujrzał błysk noża i za chwilę spływającą z niego krew. Była to krew jego matki, która leżała w dalszym ciągu nieprzytomna, teraz ze zranioną ręką. Zastanawiał się, dlaczego mama się nie budzi, przecież to na pewno ją zabolało. Nie był jednak na tyle odważny, aby spytać o to babcię.
- Czas na herbatkę - King rozejrzał się w poszukiwaniu właściciela tego głosu, ale nikogo oprócz ich trójki nie było na strychu. - Pora na herbatkę - głos nasilił się, a zaraz do niego dołączyły jeszcze dwa, na zmianę szepczące to samo z takim samym podekscytowaniem.
Nagle jedna z filiżanek do herbaty ożyła. Wydawało się, jakby jakaś niewidzialna ręka podniosła ją ze stołu i celowo podsunęła pod nóż, z którego ściekała krew Miriam. Rozległy się dzikie śmiechy. Niewidzialni goście byli wyraźne z czegoś zadowoleni, a nawet mały King, który niczego nie rozumiał z tego wszystkiego co działo się na jego oczach, wpatrywał się i nie oponował, kiedy babcia usadziła go na swoich kolanach na bujanym krześle. Czuł się i był w swego rodzaju transie, zafascynowany obrazkiem, który się naprzeciw niego rozciągał. 
- Kim jesteście? - odezwał się w końcu sennym głosem patrząc na wszystko nieobecnym wzrokiem. Chyba nie oczekiwał, że mu odpowiedzą, ale zrobili to. 
Po swojemu, w dziwnym języku, którego rozumiał jednocześnie nie rozumiejąc ani słowa. Nie skrzeczeli już, jak przedtem, ale mówili płynnie, a on im już nie przerywał pytaniami. Opowiadali piękne rzeczy. Czuł się jak we śnie, choć nie przymknął powiek choć na sekundkę. Coś z tyłu głowy podpowiadało mu, żeby uciekał, bo to w żadnym wypadku nie jest normalne. Czuł pewien niepokój, ale starał się go zostawić daleko za sobą, całkowicie oddając się rozkosznym historiom jakby nie z tego świata. 
Nie wiadomo skąd, w jego dłoni pojawiła się filiżanka z zabarwioną na czerwono herbatą. Nagle poczuł ogromne pragnienie, suchość w gardle, którą mógł zaspokoić tylko poprzez wzięcie paru łyków tego osobliwego płynu. Duchy opowiadały dalej, śmieszne i wydawałoby się niegroźne historie, które rozbawiały go i jego babcię do łez. Dla chłopca nie istniała już jego nędzna matka, wszystko stało się mniej ważne od tych wspaniałych opowieści. 
Trudno opisać uczucie, jakie mu towarzyszyło.
Nie bał się, a powinien.

5.



"Matka umiera"

Następne dni były bardzo ciężkie dla rodziny. Głównie z powodu jej głowy, to znaczy ojca, który dostał jeszcze jedno zlecenie z pracy i miało go nie być przez parę dni. Miriam czuła się osłabiona, zresztą wyglądała, jakby miała zaraz wyzionąć ducha. Missy najbardziej ze wszystkich przejęła się stanem zdrowia matki, usługując tej we wszystkim i każdego ranka pytając o zdrowie. Zawsze miały dobry kontakt, a obojętność Kinga względem wszystkich poza babcią była nie do zniesienia dla jego młodszej siostry. Dziewczynka czuła, że dzieje się coś złego, ale nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, co to mogło być. Wiedziała tylko, że nie powinna ufać starszej pani mieszkającej na strychu. Obie żegnały odjeżdżającego ojca, podczas gdy King od rana siedział na strychu.
Drugiego dnia nieobecności Jonatana, Miriam nie mogła zrobić kroku poza pokój. Czuła się ospała i zmęczona po nocach, podczas których duchy ze strychu żywiły się jej krwią. Oczywiście nie była tego świadoma; wydawało jej się, że każdej nocy śni jej się ten sam okropny sen, z którego nie potrafiła się wybudzić do rana. Martwiła się o swoje zdrowie nie mniej niż jej córka, ale wszystko zrzuciła na karb niemożności zajścia w ciążę. 
Kiedy trzeciego dnia mama nie miała sił wstać z łóżka, Missy przeraziła się nie na żarty. Do powrotu ojca było jeszcze trochę czasu, a to oznaczało, że wraz z Kingiem byli zdani na opiekę babci oraz na własne zdolności. Dziewczynka przygotowywała mamie posiłki, okrywała ją ciepłym kocem, obmywała jej twarz, wszystko bez niczyjej pomocy i z poczuciem osamotnienia. Bardzo chciała, by tata już wrócił, a po kolacji przyszedł jej do głowy pomysł, aby do niego zadzwonić.
Kiedy wykręcała numer zastanawiała się, dlaczego od kiedy do ich domu sprowadziła się babcia, wszystko szło w złą stronę. Czy jej wprowadzenie się i choroba mamy były ze sobą powiązane? 
Dziewczynka podniosła słuchawkę do ucha, ale telefon był głuchy. 
Żadnego sygnału.
Kabel obcięty tak idealnie, że trudno byłoby uwierzyć, że to myszy. 
Przerażona swoim odkryciem Missy odwróciła się w celu wyjścia z pokoju i zaraz podskoczyła w miejscu. Tuż przed nią stał King, choć mogłaby dać się zabić, że nie słyszała gdy wchodził do salonu.
- Przestraszyłeś mnie! - pisnęła z wyrzutem. - King, myślę, że z mamą źle się dzieje. Powinniśmy zadzwonić po jakąś pomoc.
- Nigdzie nie będziemy dzwonić.
Dziewczynka zamrugała.
- Jak to nie? Mama jest chora, musimy... - Nie dał jej dokończyć. Uszczypnął ją w ramię mocno, zostawiając czerwony ślad. - Auu!
- Nie będziemy po nikogo dzwonić. - powtórzył stanowczo. 
- Ale mama...
- Nic mnie ona nie obchodzi - był bezwzględny. Najpierw ją uszczypnął, a potem okazało się, że nie chce pomagać mamie. Trąc bolące miejsce, Missy rozpłakała się.
- Jak możesz, King? - pociągnęła nosem, ale i tak połowę twarzy miała już w smarkach. King tylko obrócił się na pięcie, doszedł do korytarza i krzyknął:
- NIENAWIDZĘ WAS.
Po czym pobiegł na schody prowadzące w najwyższe zakątki domu.
Nie wiedział, co nim kierowało, ale nie czuł poczucia winy z powodu swojego postępowania. Wręcz przeciwnie - miał ochotę się roześmiać. Cienkim, skrzekliwym chichotem duchów ze strychu.

6.



"Missy"

W poniedziałek wieczorem King bawił się swoją elektryczną koleją na korytarzu niedaleko organów. Czas w tym domu płynął tak bardzo powoli, że wskazówki na wielkim zegarze zawieszonym na ścianie nad instrumentem ledwo widocznie się poruszały. Nie było nic do roboty dla dzieci, a już zwłaszcza dla tak rezolutnych jak są jedenastoletni chłopcy. Z niewiadomego powodu był obrażony na swoją siostrę, dlatego przez cały dzień starał się być jak najdalej od niej. Drażniła go. Irytowała swoją skłonnością do dramatyzowania.
Nie przeciął kabla od telefonu specjalnie, właściwie sam nie wiedział, dlaczego to zrobił.
Jakby nie był wtedy sobą.
W pewnej chwili, kiedy kolej wjechała do tunelu, a on zdjął palec z przycisku i uwięził ją w środku, usłyszał kroki za sobą. Natychmiastowo się odwrócił, trochę przestraszony, ale od kiedy pierwszy raz usłyszał o tajemnicy Amona, nic nie było dla niego specjalnie nadzwyczajne. Chociaż widok matki chodzącej był ostatnimi czasy dosyć osobliwy, chłopiec wiedział, że w tym cudzie musieli maczać paluchy niewidzialni przyjaciele jego babci. Pora na herbatę.
Podążył za nią na strych.

***

Jak co noc wsłuchiwał się w opowieści zjaw, kiedy babcia zsunęła go ze swoich kolan i wstała z krzesła. Duchy przestały opowiadać, ale King dosłyszał cichy chichot dochodzący z latającego herbacianego serwisu. Wiedziały, o co chodziło wiedźmie, a kiedy ta otworzyła szafę, z której wypadła jego młodsza siostra, także i on wiedział, o co chodzi.
Missy od razu wystrzeliła pędem do matki nieprzytomnej na wózku, przerażona jej wyglądem. Miriam nie wyglądała już nawet na chorą, ale na zmarłą.
- Co zrobiliście mojej mamie? - szlochała wniebogłosy, nie rozglądając się jeszcze i nie zauważając żadnych osobliwości poza ranną matką. - Co wy jej zrobiliście?! King?!
- Lepiej się jej pozbądźmy - odezwała się starucha. Nie wyglądała już na tak schorowaną jak pierwszego dnia po przyjeździe. W jednej ręce dzierżyła filiżankę, a w drugiej drewnianą laskę. - I tak jest za młoda na to.
- Na co? - wyrwało się dziewczynce. Chciała złapać mamę za rękę w jakiś sposób ją cucąc, ale zbytnio się bała, więc tylko zacisnęła swoje dziecięce paluszki na oparciu wózka, na którym ta siedziała.
- Żegnaj, Missy. Odejdziesz na zawsze za sprawą kuchennego piekarnika - odezwał się wredny głosik, przez który w końcu zdała sobie sprawę, że nie są tam sami we czwórkę, że jest z nimi ktoś jeszcze.
Duchy.
Babcia odstawiła filiżankę z krwawą zawartością na stół i doskoczyła do wnuczki. Złapała ją mocno za nadgarstek, omal nie wykręcając ręki. Zaczęła ją ciągnąć wyraźnie w stronę schodów. Dziewczynka piszczała prosząc o łaskę i wyrywając się jej, aż w końcu zrozumiała, co trzeba zrobić.
Wyrwała rączkę z zasuszonej jak korzeń chrzanu babcinej łapy.
Paroma dziecięcymi susami pokonała upragnioną odległość od schodów do stołu.
- Nie dotykaj mnie, wiedźmo, albo to upuszczę - mówiła bardzo starannie akcentując każde słowo wyraźnie, aby nie musieć się powtarzać. Przed sobą trzymała porcelanę z krwawą herbatą, na której tak zależało duchom.
Starucha spróbowała się zbliżyć do Missy, ale ona była szybsza.
Upuściła filiżankę, a za nią poleciały kolejne.
Wiedźma została uwięziona przez niewidzialne ręce.
Uszu dziewczynki dobiegły gardłowe wrzaski niezadowolonych zjaw. W najgorszym koszmarze nie wyobrażała sobie tak upiornych odgłosów.
- ZŁAMAŁA KLĄTWĘ AMONA - wywrzaskiwały nadal niewidzialne potwory jeden przez drugiego. - ZABIĆ. ZABIĆ. ZABIĆ...
Missy szybko zbiegała po schodach. Czuła, że serce jej wali, a z oczu mimowolnie leją się łzy. Odwróciła się na moment, by zawołać brata, ale King opierając się nonszalancko o barierkę, pomachał jej na pożegnanie.
- Do zobaczenia, siostrzyczko! - usłyszała za sobą.

7.


"Spod zaklęcia"

Zaledwie parę minut później King wytoczył się z domu. Była noc jasna, księżycowa. Mgła, która tak często gościła jesienią na mokradłach, ustąpiła, ale chmury nie. Wydawało się, że w każdej chwili może padać, w każdym razie i tak nie miał ochoty na oglądanie gwiazd. Przeżywał prawdziwy horror.
Walczył z tym dziwnym stanem, w jakim się znalazł. Jego umysł pragnął wyjść spod kontroli demonów, a im dalej odchodził od domu, tym lepiej mu się to udawało. Trzymał się za głowę mocno zaciskając powieki, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. Usłyszał przytłumiony hałas dobiegający z piwnicy. Położył się na brzuchu przed domem tak, aby móc zajrzeć przez piwniczne okno znajdujące się na zewnątrz tuż przy ziemi. 
"Oni" czegoś szukali.
Zacisnął na raz znowu powieki i zęby łudząc się, że "oni" nie znajdą tego, czego szukali, ale znaleźli to szybciej niż myślał, bo chwilę później znajdowali się na piętrze. 
Nieśmiało zajrzał na przedpokój, a tam w powietrzu unosiła się siekiera, którą ojciec parę dni wcześniej rąbał drewno na opał. Zjawy zmierzały w kierunku kuchni, ale nie słyszał ich głosów. Gdy we wpadającym przez lufcik na korytarzu blasku księżyca odbiła się tarcza naostrzonego narzędzia, chłopiec stracił przytomność i padł na mokrą trawę.

***

Obudził go gorzki mocno drażniący dym w nozdrzach. Był duszący, nieprzyjemny i taki, którego nigdy nie wąchając nie da się do niczego przyrównać. King od razu przypomniał sobie bieg wydarzeń i jeszcze szybciej zerwał się na równe nogi. Chcąc nie chcąc wpadł do domu, od razu podążając do kuchni, skąd dochodził ten ohydny swąd. 
Kuchenka.
Sukienka Missy i jej brązowe buciki leżały zabarwione na czerwono.
- Nie! 
Chłopiec omal znowu nie zemdlał, ale postanowił być odważny, trudno mu było jednak nie uronić paru łez. Nie wierzył, że mógł być tak głupi, by do tego dopuścić. Ile razy przysięgał matce, że bez względu na wszystko będzie zajmował się swoją ukochaną siostrą? Miał do siebie bardzo duży żal jak na małego człowieka, ale jego serce w pierwszej kolejności wypełniał strach o własne życie. 
Klątwa została złamana, dotarło do Kinga.
Wrócił na strych, gdzie już czekała na niego babcia.
Nienawidził tej wiedźmy.

8.


"Już świta"
- Nie bądź głupi, King. - starucha uśmiechała się, przewiercając go przenikliwym spojrzeniem lodowatych tęczówek.
- Nie jestem. 
- Dobry z ciebie chłopiec. Wszystko jest dobrze. - skojarzyła mu się z jadowitą żmiją, razem z tym syczącym głosem.
- Wszystko jest dobrze. - powtórzył za nią. Nie chciał, by zauważyła, że wyrwał się spod jej hipnozy. Skupił się z całych sił na tym, aby unikać jej przeszywającego wzroku. 
- King, pomóż mi wyjść na zewnątrz. - poprosiła go. Już nie była tak żywa jak przed złamaniem klątwy. 
Zasłużyła na soczysty, fałszywy uśmiech, pomyślał chłopiec uśmiechając się w taki właśnie sposób.
- Oczywiście.

***

Gdy znaleźli się na zewnątrz, księżyc akurat był schowany za chmurami. Noc była brzydka, ale Kingowi to nie przeszkadzało tak jak rok temu, gdy się tu wprowadzili i oglądali okolice domu. Przypomniał sobie, jak bał się starych dębów rosnących na wzgórzu, ale po tym, co przeżył, czuł, że nic mu nie straszne.
- Zostańmy tu przez chwilę. - odezwała się starucha opierająca się o laskę.
Stojąca na skraju skarpy.
Niestrzeżona przez "nich".
Bezbronna.
King wyrwał jej laskę i wyrzucił gdzieś daleko przed siebie. 
Nie miała szans, by mu uciec.
- Teraz zapłacisz za swoje czyny, wiedźmo! - wykrzyczał jej w pomarszczoną twarz i prosto w oczy, które nie miały już nigdy mieć nad nim kontroli. - To twój koniec!
W ostatniej chwili wyrzęziła jak pierwszego dnia, aby przestał, ale on był pewien tego, co zaraz zrobi.
Wystarczyło dziecinne pchnięcie, aby spadła w środek lodowatego jeziora.
King czuł, że teraz "oni" czekają na niego w domu. Są pewni, że wróci.
Uciekł do lasu pędem najszybszym na jaki mógł sobie pozwolić między wystającymi korzeniami dużo potężniejszych od niego drzew.
Słyszał "ich" demoniczne szepty z tyłu swojej głowie. 
Marzył, aby usłyszeć jeszcze jedną ich historię.

9.


"Wina"

Nadszedł poranek. Całą noc chłopiec spędził samotnie, ukrywając się w lesie i ze zmęczenia nawet nie podskakując przy żadnym podejrzanym szeleście. Odbiegł od domu najdalej jak mógł, w końcu też zmorzył go sen. Nic mu się nie śniło, ale słońce przebijające się przez gałęzie wysuszonych dębów było najpiękniejszą rzeczą, jaką widział od czasu koszmaru, jaki przeżył. 
Policja zadawała Kingowi pytania, a on na nie grzecznie odpowiadał, trochę zbyt spokojnie, ale w dalszym ciągu był oszołomiony tym, co wydarzyło się zeszłej nocy.
- Zrobiłem, co mogłem, by je uratować. - mówił z wyrazem szoku na na bladej twarzy. - Bałem się, że...Mogłem być następny.
Długo kręcili się po domu i w ogóle po wzgórzu, pewnie oczekiwali sensacji. Z jakiegoś powodu nie znaleźli nawet śladu Missy, którą w końcu uznano za zaginioną. Oczywiście pytali o nią jej brata, ale King nie był w stanie nic im powiedzieć. Czuł, że i tak nikt by mu nie uwierzył w tą nieprawdopodobną historię.
W głębi duszy gdzieś dalej czuł się oczarowany historiami swych niewidzialnych przyjaciół.
Policjant wrócił do niego znowu ze swoim notesikiem i wąsem pod nosem, chłonny informacji. King opowiedział mu wszystko jak było od początku do końca i jak spodziewał się, nie doczekał się od dorosłego powagi.
- Doktorze, proszę zabrać chłopca. Chyba potracił zmysły.
Matki nie widział długo, od kiedy kazali mu wyjść z domu, okryli ciężkim kocem i narzucili zasady bezpieczeństwa. Lekarz nie chciał mu nic powiedzieć.

***

W swoim dzienniku pisał: "...Babciu, czas obchodził się ze mną już wystarczająco długo. Wracam do Starego Domu."
Nie wracał do starego domu. 
Bał się.

10.

"Nareszcie w domu"

Pewnej nocy przyśniło mu się, że zadzwonił dzwonek do drzwi. W wizjerze z ciemności wybałuszała na niego oczy siwowłosa, dobrze znana mu osoba.
- Wiem, że to ty. - mówił przez sen. - Wejdź, babciu. 
Otwarły się frontowe drzwi.
- Jak dobrze znowu cię widzieć. - przewrócił się na drugi bok. Na jego ustach widniał lekki uśmiech. - "Oni" czekają na górze. Missy też tu jest. Siedzi na kolanach u dziadka. Chodź, babuniu. Założę się, że dasz się pokroić za filiżankę herbaty.

EPILOG.


Pewnego dnia w mieszkaniu Kinga rozdzwonił się telefon.
- Hmm? - wymruczał mężczyzna podnosząc słuchawkę do ucha.
- Witaj...Witaj King! - głos był piskliwy, ale cichy.
Znajomy.
- Kto... Kto tam?
- Dzwoni do ciebie twoja babcia! - wysyczał głos.
King roześmiał się nerwowo.
- Dobre sobie...Moja babcia nie żyje!
- Zależy jak na to spojrzysz. Teraz słuchaj, King... King, jesteś tam?
Wydukał przez zęby:
- Tak babciu, jestem!
- Przyjdź dzisiaj do Starego Domu. Są tu tacy, którzy zabiliby, aby cię poznać. - ze słuchawki dobiegł mężczyznę chrapliwy śmiech.
- Przestań...Wiedźmo!
Znowu się zaczęło.