"Matka umiera"
Następne dni były bardzo ciężkie dla rodziny. Głównie z powodu jej głowy, to znaczy ojca, który dostał jeszcze jedno zlecenie z pracy i miało go nie być przez parę dni. Miriam czuła się osłabiona, zresztą wyglądała, jakby miała zaraz wyzionąć ducha. Missy najbardziej ze wszystkich przejęła się stanem zdrowia matki, usługując tej we wszystkim i każdego ranka pytając o zdrowie. Zawsze miały dobry kontakt, a obojętność Kinga względem wszystkich poza babcią była nie do zniesienia dla jego młodszej siostry. Dziewczynka czuła, że dzieje się coś złego, ale nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, co to mogło być. Wiedziała tylko, że nie powinna ufać starszej pani mieszkającej na strychu. Obie żegnały odjeżdżającego ojca, podczas gdy King od rana siedział na strychu.
Drugiego dnia nieobecności Jonatana, Miriam nie mogła zrobić kroku poza pokój. Czuła się ospała i zmęczona po nocach, podczas których duchy ze strychu żywiły się jej krwią. Oczywiście nie była tego świadoma; wydawało jej się, że każdej nocy śni jej się ten sam okropny sen, z którego nie potrafiła się wybudzić do rana. Martwiła się o swoje zdrowie nie mniej niż jej córka, ale wszystko zrzuciła na karb niemożności zajścia w ciążę.
Kiedy trzeciego dnia mama nie miała sił wstać z łóżka, Missy przeraziła się nie na żarty. Do powrotu ojca było jeszcze trochę czasu, a to oznaczało, że wraz z Kingiem byli zdani na opiekę babci oraz na własne zdolności. Dziewczynka przygotowywała mamie posiłki, okrywała ją ciepłym kocem, obmywała jej twarz, wszystko bez niczyjej pomocy i z poczuciem osamotnienia. Bardzo chciała, by tata już wrócił, a po kolacji przyszedł jej do głowy pomysł, aby do niego zadzwonić.
Kiedy wykręcała numer zastanawiała się, dlaczego od kiedy do ich domu sprowadziła się babcia, wszystko szło w złą stronę. Czy jej wprowadzenie się i choroba mamy były ze sobą powiązane?
Dziewczynka podniosła słuchawkę do ucha, ale telefon był głuchy.
Żadnego sygnału.
Kabel obcięty tak idealnie, że trudno byłoby uwierzyć, że to myszy.
Przerażona swoim odkryciem Missy odwróciła się w celu wyjścia z pokoju i zaraz podskoczyła w miejscu. Tuż przed nią stał King, choć mogłaby dać się zabić, że nie słyszała gdy wchodził do salonu.
- Przestraszyłeś mnie! - pisnęła z wyrzutem. - King, myślę, że z mamą źle się dzieje. Powinniśmy zadzwonić po jakąś pomoc.
- Nigdzie nie będziemy dzwonić.
Dziewczynka zamrugała.
- Jak to nie? Mama jest chora, musimy... - Nie dał jej dokończyć. Uszczypnął ją w ramię mocno, zostawiając czerwony ślad. - Auu!
- Nie będziemy po nikogo dzwonić. - powtórzył stanowczo.
- Ale mama...
- Nic mnie ona nie obchodzi - był bezwzględny. Najpierw ją uszczypnął, a potem okazało się, że nie chce pomagać mamie. Trąc bolące miejsce, Missy rozpłakała się.
- Jak możesz, King? - pociągnęła nosem, ale i tak połowę twarzy miała już w smarkach. King tylko obrócił się na pięcie, doszedł do korytarza i krzyknął:
- NIENAWIDZĘ WAS.
Po czym pobiegł na schody prowadzące w najwyższe zakątki domu.
Nie wiedział, co nim kierowało, ale nie czuł poczucia winy z powodu swojego postępowania. Wręcz przeciwnie - miał ochotę się roześmiać. Cienkim, skrzekliwym chichotem duchów ze strychu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz