"Missy"
W poniedziałek wieczorem King bawił się swoją elektryczną koleją na korytarzu niedaleko organów. Czas w tym domu płynął tak bardzo powoli, że wskazówki na wielkim zegarze zawieszonym na ścianie nad instrumentem ledwo widocznie się poruszały. Nie było nic do roboty dla dzieci, a już zwłaszcza dla tak rezolutnych jak są jedenastoletni chłopcy. Z niewiadomego powodu był obrażony na swoją siostrę, dlatego przez cały dzień starał się być jak najdalej od niej. Drażniła go. Irytowała swoją skłonnością do dramatyzowania.
Nie przeciął kabla od telefonu specjalnie, właściwie sam nie wiedział, dlaczego to zrobił.
Jakby nie był wtedy sobą.
W pewnej chwili, kiedy kolej wjechała do tunelu, a on zdjął palec z przycisku i uwięził ją w środku, usłyszał kroki za sobą. Natychmiastowo się odwrócił, trochę przestraszony, ale od kiedy pierwszy raz usłyszał o tajemnicy Amona, nic nie było dla niego specjalnie nadzwyczajne. Chociaż widok matki chodzącej był ostatnimi czasy dosyć osobliwy, chłopiec wiedział, że w tym cudzie musieli maczać paluchy niewidzialni przyjaciele jego babci. Pora na herbatę.
Podążył za nią na strych.
***
Missy od razu wystrzeliła pędem do matki nieprzytomnej na wózku, przerażona jej wyglądem. Miriam nie wyglądała już nawet na chorą, ale na zmarłą.
- Co zrobiliście mojej mamie? - szlochała wniebogłosy, nie rozglądając się jeszcze i nie zauważając żadnych osobliwości poza ranną matką. - Co wy jej zrobiliście?! King?!
- Lepiej się jej pozbądźmy - odezwała się starucha. Nie wyglądała już na tak schorowaną jak pierwszego dnia po przyjeździe. W jednej ręce dzierżyła filiżankę, a w drugiej drewnianą laskę. - I tak jest za młoda na to.
- Na co? - wyrwało się dziewczynce. Chciała złapać mamę za rękę w jakiś sposób ją cucąc, ale zbytnio się bała, więc tylko zacisnęła swoje dziecięce paluszki na oparciu wózka, na którym ta siedziała.
- Żegnaj, Missy. Odejdziesz na zawsze za sprawą kuchennego piekarnika - odezwał się wredny głosik, przez który w końcu zdała sobie sprawę, że nie są tam sami we czwórkę, że jest z nimi ktoś jeszcze.
Duchy.
Babcia odstawiła filiżankę z krwawą zawartością na stół i doskoczyła do wnuczki. Złapała ją mocno za nadgarstek, omal nie wykręcając ręki. Zaczęła ją ciągnąć wyraźnie w stronę schodów. Dziewczynka piszczała prosząc o łaskę i wyrywając się jej, aż w końcu zrozumiała, co trzeba zrobić.
Wyrwała rączkę z zasuszonej jak korzeń chrzanu babcinej łapy.
Paroma dziecięcymi susami pokonała upragnioną odległość od schodów do stołu.
- Nie dotykaj mnie, wiedźmo, albo to upuszczę - mówiła bardzo starannie akcentując każde słowo wyraźnie, aby nie musieć się powtarzać. Przed sobą trzymała porcelanę z krwawą herbatą, na której tak zależało duchom.
Starucha spróbowała się zbliżyć do Missy, ale ona była szybsza.
Upuściła filiżankę, a za nią poleciały kolejne.
Wiedźma została uwięziona przez niewidzialne ręce.
Uszu dziewczynki dobiegły gardłowe wrzaski niezadowolonych zjaw. W najgorszym koszmarze nie wyobrażała sobie tak upiornych odgłosów.
- ZŁAMAŁA KLĄTWĘ AMONA - wywrzaskiwały nadal niewidzialne potwory jeden przez drugiego. - ZABIĆ. ZABIĆ. ZABIĆ...
Missy szybko zbiegała po schodach. Czuła, że serce jej wali, a z oczu mimowolnie leją się łzy. Odwróciła się na moment, by zawołać brata, ale King opierając się nonszalancko o barierkę, pomachał jej na pożegnanie.
- Do zobaczenia, siostrzyczko! - usłyszała za sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz