"Herbata"
Tydzień minął wszystkim powoli i bez zbędnych ekscesów. Babcia głównie siedziała na swoim strychu, albo pozwalała się Jonatanowi sprowadzić do salonu, ale wyglądało na to, że bardzo dobrze czuje się w dusznym, starym domu. Miriam nie raz namawiała ją na mały wypad do centrum, ale ta tylko odmawiała, przez co synowa nie raz zwyzywała ją w myślach od zasuszonych śliwek.
Piątek minął wszystkim bardzo leniwie, zwłaszcza, że Missy zaraziła katarem brata i oboje siedzieli cały dzień na werandzie opatuleni w koce i grając w scrabble. King już dawno zapomniał o incydencie z babcią, jakby to, co dzieje się w nocy, nie miało znaczenia w świetle dnia. Co jakiś czas przychodziła mama i upominała ich, aby się nie odkrywali, a oni co jakiś czas pytali ją, kiedy wróci tata. Jonatan pracował w mieście, w firmie zakładającej alarmy. W tym miesiącu mieli do założenia sześćdziesiąt alarmów w szkole podstawowej, do której uczęszczała Missy, a że było to naprawdę duże zamówienie, jego powrót mógł odrobinę się opóźnić. Babcia siedziała na strychu jak zwykle. Odrobinę to przerażało jej synową, ale nie mogła nic na to poradzić, więc postanowiła udawać, że teściowej w ogóle nie ma. Już nie mogła się doczekać, kiedy ta sobie pojedzie, jej obecność krępowała Jonatana w staraniu się o dziecko, a więc frustrowała i ją.
Po kolacji King od razu poszedł do swojego pokoju. Cały dzień na świeżym powietrzu zmęczył go jak nigdy, choć przecież ani nie grał w piłkę, ani nie huśtał się na huśtawce z opony wykonanej dla niego przez ojca w pierwszych tygodniach ich obecności w tych okolicach.
Przebrał się w pidżamę, nie zapomniał umyć zębów i czym prędzej po zgaszeniu światła dobiegł do łóżka, wskoczył nań i opatulił się kołdrą. Zza drzwi dosłyszał "dobranoc" z ust mamy i zamknął oczy gotów na przyjęcie słodkiego snu.
Był pewien, że nie minęła nawet godzina, kiedy zbudziło go nierówne pukanie. Nie rozumiał dlaczego ktoś ma w środku nocy jakąś sprawę do niego; taką, która nie może zaczekać do rana, ale usiadł na krańcu łóżka i odezwał się:
- Kto tam?
Nie czekał długo na odpowiedź.
- King, mój kochany, wstawaj - był to głos babci. Czego mogła od niego chcieć o tej porze? Od razu przypomniał sobie ostatnią wizytę w jej pokoju. Znowu odezwała się, jak zwykle cichym, wężowym głosem: - Pora na herbatkę, no chodź. Opowiemy ci historię domu Amona.
Nie był pewien, czy to był dobry pomysł, by słuchać się babci. A jeżeli rodzice się obudzą? Zaraz dostał odpowiedź na to pytanie:
- Twoja matka też idzie.
Te słowa przekonały chłopca, że nie ma czego się bać. Przecież ostatnim razem nic się nie stało, a teraz, kiedy mama z nim będzie, ze strony gości babci na pewno nic mu nie grozi.
Wywlekł się z łóżka niechcący zrzucając z niego kołdrę, po czym otworzył drzwi. Korytarz był ciemny, a jedyną wskazówką dokąd ma iść było znajome fioletowe światło i po chwili także kroki na schodach prowadzących na strych i stukania babcinej laski. Czuł, że jest to swego rodzaju test jego odwagi, dlatego zebrał się w sobie i na boso ruszył po stromych stopniach w górę. W drzwiach czekała na niego odwrócona tyłem przygarbiona kobieta o siwych, niemal białych i rzadkich włosach.
- Posadziliśmy twoją mamę na moim siedzeniu - odezwała się wskazując zasuszonym palcem na wózek inwalidzki w kącie, na którym w jaskrawym świetle majaczyła sylwetka śpiącej Miriam. King nie rozumiał, co to wszystko znaczy.
Obserwował poczynania babci, z której koszuli nocnej rękawa wysunął się wyraźnie zaostrzony nóż. Oczy znowu miał rozwarte w przestrachu i z przeczuciem, że zaraz stanie się coś niedobrego, jednak nie miał pojęcia co i nie umiał nic na to poradzić.
Ujrzał błysk noża i za chwilę spływającą z niego krew. Była to krew jego matki, która leżała w dalszym ciągu nieprzytomna, teraz ze zranioną ręką. Zastanawiał się, dlaczego mama się nie budzi, przecież to na pewno ją zabolało. Nie był jednak na tyle odważny, aby spytać o to babcię.
- Czas na herbatkę - King rozejrzał się w poszukiwaniu właściciela tego głosu, ale nikogo oprócz ich trójki nie było na strychu. - Pora na herbatkę - głos nasilił się, a zaraz do niego dołączyły jeszcze dwa, na zmianę szepczące to samo z takim samym podekscytowaniem.
Nagle jedna z filiżanek do herbaty ożyła. Wydawało się, jakby jakaś niewidzialna ręka podniosła ją ze stołu i celowo podsunęła pod nóż, z którego ściekała krew Miriam. Rozległy się dzikie śmiechy. Niewidzialni goście byli wyraźne z czegoś zadowoleni, a nawet mały King, który niczego nie rozumiał z tego wszystkiego co działo się na jego oczach, wpatrywał się i nie oponował, kiedy babcia usadziła go na swoich kolanach na bujanym krześle. Czuł się i był w swego rodzaju transie, zafascynowany obrazkiem, który się naprzeciw niego rozciągał.
- Kim jesteście? - odezwał się w końcu sennym głosem patrząc na wszystko nieobecnym wzrokiem. Chyba nie oczekiwał, że mu odpowiedzą, ale zrobili to.
Po swojemu, w dziwnym języku, którego rozumiał jednocześnie nie rozumiejąc ani słowa. Nie skrzeczeli już, jak przedtem, ale mówili płynnie, a on im już nie przerywał pytaniami. Opowiadali piękne rzeczy. Czuł się jak we śnie, choć nie przymknął powiek choć na sekundkę. Coś z tyłu głowy podpowiadało mu, żeby uciekał, bo to w żadnym wypadku nie jest normalne. Czuł pewien niepokój, ale starał się go zostawić daleko za sobą, całkowicie oddając się rozkosznym historiom jakby nie z tego świata.
Nie wiadomo skąd, w jego dłoni pojawiła się filiżanka z zabarwioną na czerwono herbatą. Nagle poczuł ogromne pragnienie, suchość w gardle, którą mógł zaspokoić tylko poprzez wzięcie paru łyków tego osobliwego płynu. Duchy opowiadały dalej, śmieszne i wydawałoby się niegroźne historie, które rozbawiały go i jego babcię do łez. Dla chłopca nie istniała już jego nędzna matka, wszystko stało się mniej ważne od tych wspaniałych opowieści.
Trudno opisać uczucie, jakie mu towarzyszyło.
Nie bał się, a powinien.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz